Cugowski „Panaceum”: powrót mistrza, bluesowe korzenie i magia prostych prawd!

Szczęśliwie Krzysztof Cugowski po koncertowej, jubileuszowej składance „50/70 Moje najważniejsze” znów powraca! I choć czas nie był łaskawy dla dawnej Budki Suflera (śmierć nieodżałowanego Romulada Lipko dwa lata temu i kabaretowa reaktywacja kapeli z … Jackiem Kawalcem na wokalu!), to „stary” Cugowski potrafi ciągle zaśpiewać tak, że tynk odpada z sufitu!

Krzysztof Cugowski wraca i ma dla nas kawałek rodem z Południa USA!

Krzysztof Cugowski z „Moich najważniejszych” / fot. Mystic Art

Trudno dziś wskazać bardziej legendarnego polskiego wokalistę, niż Krzysztof Cugowski. Nie ma tu miejsca na wymienianie brawurowo wyśpiewanych kolejnych hitów, które na przestrzeni dekad zdobywały listy przebojów, ale warto przypomnieć, że artysta przeszedł z Budką Suflera naprawdę długą drogę.

I co ciekawe, choć sama Budka od czasu do czasu lubiła wypuścić kilka komercyjnych utworów, to Cugowski nawet z radiowych hitów zaskakiwał charakterystycznym frazowaniem i mocą, której niestraszne największe stadiony.

Po różnych perypetiach związanych z końcem i późniejszą reaktywacją Budki, jej dawny wokalista postanowił przejść na zasłużoną emeryturę – wcześniej żegnając się z fanami świetnym podsumowaniem w postaci zbiorówki „Moje najważniejsze”. Właśnie tę niesamowitą atmosferę śpiewania live znajdziemy na najnowszym singlu o znamiennym tytule „Panaceum”.

Dwa słowa dla tych, którzy czekali na powrót rockowego Cugowskiego – niestety, to jeszcze nie ten moment… Ale fani bluesowego grania, zwłaszcza tego w lżejszym wydaniu, które romansuje z soulem i traktuje o „zwykłym” życiu, poczują się jak w siódmym niebie!

Cugowski „Panaceum” to piosenka, która mogłaby być na soundtracku „Lepiej późno, niż później”!

Cugowski w „Panaceum” nie boi się balansować na granicy kiczu i właśnie to jest czymś niesamowitym! Gdyby ten kawałek zaśpiewał ktokolwiek inny, pozbawiony tak potężnego, doświadczonego i charakterystycznego wokalu ze specyficzną swadą, to byłby to utwór nie do uratowania.

To postać legendy polskiego rocka sprawia, że „Panaceum” jest tak apetyczne!

Nie mam pojęcia, jak Krzysztof Cugowski to robi, ale posiada coś, co – nie obrażając jego synów, udzielających się wokalnie nie tylko w komercyjnych projektach (wystarczy przypomnieć świetne Polish Metal Alliance: Stars, gdzie Piotr śpiewa jak rasowy hardrockowiec) – dla młodszych głosów jest nieosiągalne.

Pal licho emocjonalną dojrzałość i poczucie, że ktoś tu z niejednego pieca chleb jadł, ale raczej chodzi o dar dialogowości – Cugowski nie śpiewa sam dla siebie, dla widowni, do kamery, ale potrafi wciągnąć słuchacza w przedziwny dialog, w którym mamy wrażenie, jakbyśmy rozmawiali ze starym, dawno nie widzianym kumplem.

To jakiś czar starej szkoły, która bez wspomagania całą pozawerbalną otoczką potrafi tworzyć więź z odbiorcą. Do tego dochodzi moc głosu, który potrafi na scenie „zgasić” całą resztę kapeli, ale to już opowieść, którą znamy od dekad.

„Panaceum” staje się hymnem codzienności, w której wystarczy, że żyjesz i potrafisz cieszyć się prostymi sprawami. To postawa mądrego epikureizmu, w której nie rezygnujesz z wielkich spraw, ale już wiesz, że to te małe i dla postronnych często zabawne detale stanowią esencję bieżących spraw.

I jak to kupuję: bo artyści nie zawsze muszą być naszym sumieniem, ale wystarczy, że będą … kumplem, który przypomni kilka prostych prawd.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

NAJNOWSZE