Organek Ocali nas miłość: popiół, krew i siła młodości?

Muzeum Powstania Warszawskiego zaprosiło Organka do nagrania albumu / fot. Muzeum Powstania Warszawskiego

Moja przygoda z Organikiem to historia szorstkiej przyjaźni – doceniam, co dobrego zrobił dla polskiej muzyki, ale rozwodnienia się w Męskim Graniu nie potrafię mu wybaczyć. Organek Ocali nas miłość to jednak płyta, która pomogła mi podjąć decyzję w stylu kochaj albo rzuć i dziś mogę powiedzieć jedno: dziękuję. Za wyrwanie ze sztywnych przekonań, zmianę optyki i współuczestnictwo w tym wspaniałym hołdzie dla ludzi, którym odebrano młodość.

Jak opowiedzieć o masowej tragedii i ciężar Lao Che

O tym, jak opowiedzieć o okropnościach masowych mogił i Zagładzie zastanawiano się tuż po zakończeniu drugiej z Wielkich Wojen. Niektórym najlepszą formą wydawał się krzyk, innym samo pisanie o tak zatrważających wydarzeniach wydawało się niemoralne. Jeszcze inni, jak Białoszewski, wprowadzili punkt widzenia zwykłego człowieka, zassanego przez niszczący wir historii.

A później przyszła muzyka i Lao Che, którzy dokonali cudu. Jak inaczej nazwać stworzenie albumu, który jako dzieło wybitne jest obecne zarówno w płytotekach zagorzałych prawaków, jak i lewaków, a podejrzewam, że znakomita większość płyt jest u osób, które po prostu kochają muzykę napisaną głową i trzewiami.

Ekipa Spiętego oparła swoje opus na tytanicznej pracy: odsłuchach archiwalnych nagrań i wertowaniu dokumentów z epoki. Powstało dzięki temu mistyczne słuchowisko, które wymyka się wszelkim próbom szufladkowania: mamy tu metal wymieszany ze szlagierami międzywojnia, wrzask i lirykę Baczyńskiego, punk obok banjo, zapożyczenia z Chłopców z Placu Broni i przemówień Mikołajczyka.

To bez dwóch zdań jedna z płyt, które odmieniły muzyczny krajobraz naszych czasów. Właśnie w takie otoczenie wpada najnowszy projekt Organka i chcąc nie chcąc musi wygrzebać się o własnych silach spod kamienia dzieła Lao.

Nie musimy mu pomagać – dajmy mu tylko szansę. To wystarczy.

Organek Ocali nas miłość: co zostaje w świecie bez zasad?

Pierwsze minuty przy albumie „Ocali nas miłość” stały się dla mnie zderzeniem tak mocnym, że nie byłem w stanie przesłuchać do końca „Fotografa Broka” ani drugiej piosenki, czyli „Idziemy w miasto”.

Absolutna blokada i uczucie, jakby ktoś zmieszał z błotem cały dramat zagłady Warszawy! Jak przy melodii rodem z Papa Dance można śpiewać, że „Idziemy w miasto na 17tą!”, kiedy wiemy, że to godzina wybuchu Postania Warszawskiego! Wydało mi się to zwyczajnie niestosowne: mieszanie pogodnego syntezatorowego plumkania z łagodną melorecytacją i śpiewanie o wyjściu w miasto tak, jak się wychodzi na piątkową imprezę odczułem jak coś w rodzaju policzka.

„Lili i pająk” wprowadził jednak coś tak bezgranicznie pogrążonego w smutku i onirycznego, że kontrast pomiędzy początkiem płyty a trzecim kawałkiem jest uderzający. Właśnie padło tu słowo-klucz, pozwalające docenić zamysł tej płyty, będącej przedstawieniem zagłady Warszawy z perspektywy młodych ludzi, „duchów wolnych”, którzy nie oddali żaru młodości okupantowi.

Najbardziej oczywistym i powiedziałbym nawet „organkowym” utworem z tej pyty jest „Sen duchów wolnych”, opowiadający o wewnętrznej autonomii warszawiaków, której nie zgasi głód i bieda. Choć zabrzmi to niemal jak bluźnierstwo, to mam wrażenie, że „nie będzie nikt nam mówił jak żyć” jest frazą ciągle aktualną i choć mamy to kosmiczne szczęście, że żyjemy w czasie pokoju, to wolność jednostki nie jest nam dana raz na zawsze.

„Ocali nas miłość” to piękne melodie, podział na głosy, bogate instrumentarium, przemyślany układ całości, podskórne napięcie, które odczuwamy nawet przy pogodniejszych utworach i przede wszystkim nowa narracja o jednym z tych elementów naszej historii, które dotąd budzą ogromne emocje.

Ocali nas miłość / fot. Mystic

Jako całość to album zaskakująco gładki, pozbawiony wykrzyczanych dramatów i tragedii, przepełniony popisami wokalnymi (show kradnie genialny Ralph Kaminski w „Upadłych aniołach”!) i frazami, które nie wyjdą łatwo z głowy.

Organek sięgnął w świat dawnej Stolicy okiem współczesnego warszawiaka, oddając jej mieszkańcom to, co tak gwałtownie im odebrano – ich młodość, pragnienia, miłości, nadzieje i wszystko to, co sprawia, że odnajdziemy siłę tam, gdzie cały świat już jej nie dostrzega. Zwróćmy im to, co należne młodości i nie zamykajmy w sarkofagach okadzonych patetycznym frazesem! Oni żyli, kochali, walczyli, oddychali i wierzyli, że walka – wbrew rachunkom prawdopodobieństwa – ma sens.

Czy „Ocali nas miłość” stanie obok „Powstania Warszawskiego” Lao Che? Nie mam pojęcia, ale przeczucie podpowiada mi, że współczesne Lao też inaczej nagrałoby swoje kultowe dzieło.

Dziękuję za ten album.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here