Elegia dla bidoków – recenzja filmu o wartościach niepoliczalnych i mocy więzi rodzinnych

Hillbilly Elegy / fot. Netflix

„Elegia dla bidoków” to nowość, którą znajdziemy na Netfliksie i już sama platforma streamingowa może nam co nieco podpowiedzieć o tym, czego możemy spodziewać się po filmie. Skąd to przypuszczenie? Otóż powiem tak: wyobrażacie sobie, że ten potentat wypuszcza obraz kwestionujący wiarę w mit amerykańskiego snu, gloryfikujący wierność rodzinie ponad wszystko, zachęcający do osadzenia się w swojej rzeczywistości bez podejmowania prób sprawdzenia, czy trawa po drugiej stronie rzeki nie jest bardziej zielona?

Close i Adams – jak one grają!

No właśnie – jednak zdradzę Wam od razu, że „Elegia …” to kino, które rozgrywa tematykę rodziny o robotniczych korzeniach w sposób mistrzowski i choć krytycy nie szczędzili złośliwości pod adresem odtwórczyń głównych ról, to bez dwóch zdań obstawiam, że to jedna z ról życia Glenn Close, kradnącej show reszcie obsady.

Pal licho charakteryzację i przemianę aktorki w rzeczywistą postać (no właśnie – to ten moment, by powiedzieć, że film oparty jest na wspomnieniach realnego J.D., prawnika opisującego swoją drogę do klasy średniej), chodzi tu raczej o to, że Close w szorstkich gestach, celnym puentowaniu perypetii narratora czy w końcu w pokonywaniu samej siebie po to, by wychować wnuczka lepiej niż córkę wydaje się przemycać całe pokłady treści, które zwykle wymykają się ekranizacjom. Dzięki niej otrzymujemy bogactwo tła, jakim zwykle wypełniona jest proza – smaczki charakteryzujące bohatera i jego otoczenie, aluzje do przeszłości, blizny wyryte przez niepowodzenia i utajone pragnienia.

Choć charyzmatyczna Close przyćmiewa resztę aktorów, to w zasadzie Amy Adams robi, co może, by dorównać jej kroku. Jej rola niezrównoważonej matki, topiącej własne problemy w kolejnych związkach, lekach, substancjach odurzających i przemocy, potrafi wstrząsnąć. Paradoksalnie najmocniejsze wrażenia będą naszym udziałem nie wtedy, kiedy obserwujemy ją podczas desperackiej próby samobójczej czy ataku furii, w którym w amoku bije swojego syna, ale wtedy, gdy z maniakalnym olśnieniem pędzi swoim Cherokee i nie wiemy, czy to właśnie nie jest ten moment, gdy odejdzie – zabierając ze sobą własne dziecko.

Trudno powiedzieć, która z aktorek zasługuje na większe brawa za fizyczną przemianę – czy usztywniona razami od losu Close, z determinacją trzymająca się życia i walcząca o duszę wnuka, czy roztyta Adams, z obrzmiałą od używek twarzą, miotającą się pomiędzy dramatami własnego dzieciństwa a próbami budowania kolejnych domów dla swoich dzieci?

Elegia dla bidoków – dlaczego warto?

Przede wszystkim nie jest to kolejny lukrowany filmik motywacyjny, mający podnieść nas na duchu w trudnych chwilach. W zasadzie główną oś stanowi tu nie walka selfmademana, usiłującego wydźwignąć się z nizin społecznych ku lepszemu (czytaj – obfitującemu w szacunek społeczny i bogactwo materialne) życiu, ale walka z traumami rodzinnymi i próbami ich przepracowania.

Zastanówmy się przez chwilę, jaką właściwie biedę widzimy na ekranie? Otóż jest to bieda najgorsza z możliwych – zwykła, szara, nie zmuszająca do wykradania resztek ze śmietników, ale już do korzystania z darmowego posiłku od opieki społecznej – tak.

Bieda, w której zapominasz o marzeniach i czujesz jedynie gorycz, wynikającą z poczucia braku tego czegoś, co mogłoby dać Ci szansę zawalczenia o siebie i bliskich. Bieda nudy, rozsypujących się domków i pracy, pozwalającej na zdobycie ubezpieczenia.

Właśnie za to „Elegia …” zasługuje na dodatkowe brawa: łatwo pokazać ubóstwo i nałogi zmuszające do strasznych i poniżających rzeczy, trudno pokazać takie, które spowszedniało – bo bidoków z tego filmu bez trudu znajdziemy obok nas. Kto wie, może na Twojej klatce, w Twoim bloku albo w szkole, pracy czy kolejce do kas w supermarkecie?

Rodzina z „Elegii …” ma tylko siebie i to stanowi o jej klątwie i jednoczesnei sile. Mamy tu dramaty:

  • przedwczesnego macierzyństwa,
  • budowania życia na nowo,
  • ciężkiej pracy i jej utraty,
  • zmieniającej się rzeczywistości, wygaszającej całe branże,
  • śmieciowej pracy,
  • nałogów,
  • wiązanek kompleksów i specyficznej pojętej solidarności.

To kino szorstkie, ale dające nadzieję i nie tylko w zakresie wyzwolenia się z niewoli biedy. Nie, najgorsze kajdany w tej opowieści zakładają więzi rodzinne, odbierające zdolność racjonalnej oceny sytuacji i jej potencjalnego naprawienia.

„Elegia dla bidoków” to ciepła, choć momentami brutalna opowieść o rodzinie zanurzonej w biedzie i własnych dramatach. Nie ma tu łatwych rozwiązań, a do ważnych prawd dochodzi się latami – jednak w tym tkwi siła tego filmu.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here